poniedziałek, 12 czerwca 2017

Przeoczyłam tegoroczną wiosnę

Przeoczyłam tegoroczną wiosnę. 
Zeszłoroczną też.
 I tą sprzed dwóch lat. 
Ejże, ostatnia zapamiętana przeze mnie wiosna to ta cztery lata temu.
Wtedy, przy rytmach Depeche Mode, przemierzałam spacerowe kilometry przez miasto, żeby przypomnieć sobie jak to było, kiedy nie byłam Mamą. To nie była wiosna mojego życia. Przyniosła nowe dźwięki, w postaci nowej płyty Depeche Mode, ale nic więcej. Najważniejsza wiosna wkuła się w moje powietrze dźwiękami "Echoes" Pink Floyd. Wiedziałam, że nic odtąd nie będzie takie, jak wcześniej. Te ponad 20 minut snującej się melodii, gitary, perkusja, pulsujący rytm. "Echoes" to wiosna mojego życia. Osiemnaście, dziewiętnaście lat temu.

Jestem długodystansowcem. Niekończące się analizowanie codzienności plus wrażliwość na poziomie 'level hard' to mieszanka wybuchowa. Do tej pory nie wiem, z której strony może nastąpić eksplozja. Jedno jest pewne, nie pomaga w codziennym życiu. O ile, nad tym analizowaniem można się jeszcze pochylić i wyłuskać coś dobrego, to wrażliwość pogrąża mnie całkowicie. Wielokrotnie w ciągu dnia rozpadam się na milion emocjonalnych kawałków. Czasami wdzięczności, innym razem totalnego załamania. 

Jak żyć? 



                                                                                                 Sylwia



czwartek, 18 maja 2017

O tym, że czasami po prostu nie warto zrozumieć ani zaakceptować

Kiedyś usłyszałam, od bardzo bliskiej mi osoby, że jestem taka, że nawet jak jest niedobrze, to jest dobrze.

?

Jak to rozumieć? 

Nawet jeśli jest źle, padam na twarz a moje życie drepcze w miejscu, to ja, widzę pozytywy tej sytuacji. Włączam docenianie, uwalniam ogromne pokłady wdzięczności i przypominam sobie, że każda emocja przeżywana, każde zdarzenie jest lekcją, potrzebną nauką. Lubię myśleć o swoim życiu jak o układance złożonej z puzzli zdarzeń, emocji. Skoro nie znam całego obrazu, to znak, że jeszcze mam coś do zrobienia.

Nie lubię bezproduktywnego narzekania, ględzenia, biadolenia i szukania przyczyn obiektywnych. Jeśli coś w Twoim życiu Ci nie odpowiada i pomimo usilnych prób związanych z przekonywaniem siebie do tego czegoś/kogoś, do tego stanu rzeczy lub do jakiejś osoby, nadal się męczysz, zmień to. Zerwij kontakt z emocjonalnymi wampirami i nie staraj się zrozumieć DLACZEGO ktoś wyrządza Tobie jakąś krzywdę. Nie warto rozumieć ani akceptować tego, co uwiera, niszczy od środka, podcina skrzydła.

Pozbyć się, wyrzucić i iść swoją drogą. Bez komplikowania, zaszywania się w krainie negatywnych odczuć i emocji. Zmienić kurs, obrać kierunek i iść.

Bez akceptowania tego, co nie może być zaakceptowane i bez zrozumienia tego, czego zrozumieć się nie da.

                                                                        Matka Ogarniaczka



wtorek, 6 grudnia 2016

O tym, że czuję ogromną wdzięczność.

Moi Drodzy,

jest dobrze. W głowie spokój, w sercu pokój. Jasna, klarowna misja, zadania do wykonania, myśli do przelania i pewność, że to wszystko jest po coś. Nie ma lęku i rozpamiętywania. Prosta, zwykła (niezwykła) codzienność utkana z nici wdzięczności.
Dziękuję za to, co mam, gdzie jestem, jaka jestem, z kim jestem, jakich wartościowych ludzi mam dookoła siebie. Dziękuję za tę pewność, że jestem na właściwej drodze i że wszystko jest właśnie takie, jak być powinno. Dziękuję, że dojrzałam do dokonywania wyborów, bez zbędnej analizy, że może jednak nie można, nie warto. Czuję, myślę, jestem.
Dziękuję, że pewność tego, czego chcę i nie chcę jest na tyle duża, żeby mówić o tym otwarcie. Wspaniale jest móc wyzwalać się ze zbędnych balastów, móc zrobić w swoje urodziny ulubioną potrawę (pierogi ruskie) i nie zasładzać się tortem. Odebrać życzenia od osób, które chcą je złożyć. Dziękuję za przyjaźń, która pisze "Zrobię torta bezowego, zjesz?" i po odpowiedzi "Nie, wolę zupę krem" nie obraża się i pozwala mi być taką, jaką jestem (mam nadzieję, że to nie jest iluzją, Fasolko?). Bez komentowania. 
Dziękuję, że mam odwagę, nie kontaktować się z ludźmi, którzy za wszelką cenę starali się, żebym była inna, że wymykam się schematom opłacalności utrzymywania relacji. Znajomości są dyktowane serduchem, nie rozumem. Mam uczulenie na nieszczere intencje. 
Niczego, oprócz Boga, nie szukam. Wszystko, czego potrzebuję, mam tu i teraz.
                                                                                             Matka Ogarniaczka

wtorek, 29 listopada 2016

O tym, że macierzyństwo (rodzicielstwo) jest nauką radzenia sobie z emocjami

Stając się rodzicem masz długą drogę do przebycia. Nie wiesz dokładnie jakie przeszkody i radości napotkasz. Nikt Cię nie przygotuje na to, co będzie się działo po urodzeniu dziecka. 

W szkole rodzenia uśmiechnięte panie będą opowiadały o fazach porodu, będą tłumaczyć jak ubrać niemowlaka, na co zwrócić uwagę podczas codziennej pielęgnacji.
Nikt nie powie: 
Kobieto, może nadejść taki moment, że nie ogarniesz codzienności wszystkimi zmysłami - pozwól sobie na to, pozwól sobie na niemoc.
Kobieto, przed Tobą chwile, które sprawią, że będziesz miała ochotę uciec ze swojego domu - kontroluj emocje, nazywaj je, znajdź w tej nowej codzienności, miejsce dla siebie, na swoje potrzeby.
Kobieto, jeśli tylko chcesz karmić piersią zaopatrz się w kilkanaście książek, kilka dobrych filmów, naładuj akumulatory cierpliwością i bądź z dzieckiem. Olej sprzątanie, zleć komuś robienie zakupów. Bądź z dzieckiem, dla dziecka, odpoczywaj i bądź pewna, że ten etap kiedyś minie. A teraz, nie powinno być nic ważniejszego niż Twoja regeneracja, dobre samopoczucie i to maleństwo, które uczy się żyć. 
Kobieto, nie bój się odzywać do przyjaciół. Może i nie będziesz miała o czym opowiadać, bo będziesz tak szaleńczo obolała fizycznie i psychicznie, ale z chęcią posłuchasz, co się dzieje w tym innym, "lepszym" świecie.

Od nikogo nie dostałam takich rad. Ja nie prosiłam o pomoc. 

Na początku naszej rodzicielskiej drogi uczymy się, że ten mały człowiek ma swoje potrzeby, które niejednokrotnie będą ważniejsze od naszych potrzeb. Tak jest. Z tym trzeba się pogodzić i już. Z czasem przychodzą inne refleksje. Oto jedna z nich.

 W tym momencie macierzyństwo odbieram jako naukę radzenia sobie z emocjami, z emocjami dzieci i swoimi. To jest najważniejsze i najtrudniejsze zadanie. Jestem bardzo emocjonalna, empatyczna, ale wiele mam do zrobienia w tej materii. Dzieci każdego dnia pokazują mi jaką mam mikroskopijną cierpliwość (mierząc względem potrzeb), jak wielką pracę muszę wykonać na tym podłożu. Każdego dnia, systematycznie, konsekwentnie uczę się cierpliwości. Czasami oblewam egzamin na starcie, ale nie poddaję się. Obserwuję siebie, wyciągam wnioski i wcielam je w życie. Bycie Mamą pokazuje mi jak daleko mi do świętości, jak wiele pracy mam przed sobą, w sobie. Być obok emocji dzieci, nie wchodzić w nie, iść wytyczoną ścieżką, z pewnością, że jest tą najlepszą. Być dla nich, z nimi, nie obok nich. Nauczyć jak radzić sobie z emocjami, nie tłumić ich, wyrażać, nazywać. Nauczyć tego dzieci. Nie dawać się wplątać w ich emocjonalną zawieruchę, ale być obok. 

                                                                                      Można? Wierzę, że można. 
                                                                                                  Próbuję.

                                                                                                Matka Ogarniaczka





poniedziałek, 14 listopada 2016

O tym, że trzeba sobie pozwolić na niemoc

Chowam w kieszeń słowo "magis" (więcej).
Ostatnio nie stać mnie na nic więcej jak zasypianie wtedy, kiedy dzieci zasypiają.
I to jest mój ulubiony moment w ciągu dnia. Moment zasypiania.
Gorzej, kiedy budzę się i dowiaduję się przy pomocy komórki, że już po godz. 22giej, ale... już nawet nie panikuję. Cieszę się, że jest noc i mogę spać dalej. Nie mam wyrzutów sumienia.
Pozwalam sobie na to, żeby wypocząć, zregenerować siły. Tego właśnie potrzebuję.

Po kilku wieczorach słuchania organizmu, braku gonitwy, zauważam poprawę. Nie jestem tak zmęczona. Eureka! Sen jest potrzebny, okazało się po latach.

                                                                                                            Matka Ogarniaczka

sobota, 22 października 2016

Droga Anastazjo (z reklamy Ikei)

 Kto nie widział tej reklamy, niech zobaczy a później poczyta  mnie.

https://www.youtube.com/watch?v=wu0yqNDc22k


Droga Anastazjo,

zawrzało w Internecie. Reklama Ikei trafiła do internetowego morza opinii. Dla Waszej rodziny to obojętne, bo tymi skrawkami ze swojego życia, umieszczonymi w krótkim filmie, pokazujecie jak wielki dystans macie do siebie. Chapeau bas.
Pozwól Anastazjo, że troszkę pomyślę, przeanalizuję to, co do mnie dotarło. Uzewnętrznię się nie obrazem a słowem. Mogę, prawda?

Najwięcej jest pozytywnych opinii dotyczących najnowszej reklamy Ikei, ale zdarzają się też takie: "Dla mnie to też jakieś nieporozumienie i nie znam żadnej "normalnej" pracujacej rodziny która miałaby tyle czasu dla dziecka przy dzisiejszych zarobkach pozwolić sobie na tali luz mega fajnie to tylko pozazdrościć 500+". - ergo, to nie jest normalna rodzina, film na pewno był nakręcony w dzień powszedni a oni połakomili się na drugie dziecko ze względu na korzyści finansowe wynikające z programu 500+.

Ekhm, pani autorko tego komentarza. Może warto postarać się o drugie dziecko? Ja, jako szpieg facebookowy, dostrzegłam, że ma Pani jedno dziecko. Shame on you. Przyszłe 500+ zapewni Pani niesamowity luz i wszystko wtedy będzie możliwe. Show must go on! Do dzieła! A i jeszcze proszę o zdefiniowanie pojęcia: normalna rodzina.

Przeczytałam też komentarz, którego kwintesencję można zawrzeć w jednym zdaniu: brzydkich ludzi nie powinno się pokazywać w reklamach. 

Anastazjo, nie wiem kim (na Boga!) jest autorka (kobieta), żeby puszczać w eter słowa, które mogą kogoś urazić. Jestem na to tak mocno wyczulona, przeczulona, że aż! Robić przykrość słowem - nienawidzę. Zresztą, Anastazjo, jesteś JAKAŚ i w moich oczach piękna, przez swoją naturalność i lubienie codzienności. Dla większości ludzi, których znam, lubienie swojego życia jest największą formą abstrakcji. Tak, wiem, autorka komentarza miała na myśli Twją fizyczność. Nauczyłam się, że ta sprawa jest tak względna, że absolutnie nie podlega dyskusji. Kropka.

Reklama jest pozytywna - ogólnie rzecz ujmując. Nie przedstawia momentu przepełnionego frustracjami a obie wiemy, że życie bez frustracji jest niemożliwe, macierzyństwo bez frustracji nie istnieje. Nie jesteś pokazana w momencie połogu, kiedy ciężko jest ogarnąć rzeczywistość wszystkimi zmysłami. Kobieta szczęśliwa, czekająca na kolejne dziecko, żyjąca w zgodzie ze sobą. To nie może być złe. 
Nie lubię mieć nieświeżych włosów, nie chciałabym, żeby Mąż robił nam poranną kawę przyodziany w majtochy. Myję włosy codziennie (serio, każdy ma jakiegoś bzika) a Męża wybrałam takiego (świadomie lub podświadomie), który ubiera się chwilę po tym jak wstanie z łóżka. Kilka różnic wynikających z uwarunkowań genetycznych, z wpojonych zasad, z wewnętrznego poukładania. Na pewno nie odważyłabym się urodzić dziecka w domu. No chyba, że obok byłby mój zaufany lekarz i cały sprzęt ze szpitala. Nie lubię szpitali, to fakt. Z obawy przed porodem i pobytem szpitalnym, myślałam o porodzie domowym, ale wiecie co? Dobrze, że nie brnęłam w to rozwiązanie. Węzeł prawdziwy na pępowinie plus pępowina owinięta dookoła szyi - to dwa powody z pierwszego porodu, które zadecydowały o cesarskim cięciu. Od tragedii dzieliły nas minuty. Nie ryzykowałabym życia/zdrowia moich dzieci, sugerując się swoją wygodą. Wiem, że ryzyko jest wszędzie, nawet w szpitalu, ale dostęp do sali operacyjnej, szybszy.
Znalazłabym jeszcze kilka innych różnić pomiędzy mną a Tobą, ale to jest nieistotne.
 
Dziękuję, że swoim udziałem w reklamie przypomniałaś o tym, co jest najważniejsze. A co jest najważniejsze? Oddychanie. Bez spinki, bez nadęcia, spokojne miarowe pozwolenie sobie i otoczeniu na zwykłe bycie. Bez zbędnego pośpiechu.
                                                                                                Matka Ogarniaczka

piątek, 21 października 2016

O tym, jakich książek dzieciom nie czytać.


Ostatnio, od jakichś trzech tygodni, ulubioną czynnością moich dzieci, jest słuchanie czytanych bajek. Od rana słyszę: "Mama, pocitaś mi?". Rano, w dzień powszedni, najczęściej odmawiam. Jest tyle czynności do zrobienia. Czytanie nie jest jedną z nich. Ale! po całodziennej bieganinie, pracy, obowiązkach, po kąpieli, tuż przed pójściem spać, siadam z Synami moimi na poduchach w ich pokoju i czytam im bajki. Uwielbiam ten moment. Siedzimy wszyscy razem. Patrzymy w jedną stronę (w książkę), szukamy jakichś elementów na ilustracjach. Ja czytam, chłopcy słuchają. Rozmawiamy. Jesteśmy razem. Nareszcie Matka Ogarniaczka może nacieszyć się ich obecnością w spokoju. Wtapiam nos w ich włosy, głaszczę małe główki i cieszę się, że jeszcze mogę im czytać, że pozwalają mi na to. Pół godzinny seans czytelniczy to nasz rytuał.


Wczoraj zauważyłam na naszej półce dwie nowe książki. Do tej pory nie wiem skąd się tam wzięły... Wiem na pewno, że znaleźć się tam nie powinny, bo są doskonałym ANTYPRZYKŁADEM książek dla dzieci. Tytuły zachęcały: "Nie kłam, Beato!", "Nie rozrabiaj, Romanie!". Nie wolno kłamać, nie wolno rozrabiać, ale moi Drodzy, konsekwencje tych czynów przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Nie będę dokładnie analizować tych książek, napiszę jedynie, że kończą się tak bardzo nietypowo, że zaskoczyły mnie niesamowicie. Kłamczuszka Beata dryfuje sama na łóżku na powodziowej wodzie a rodzice na suchym lądzie piją herbatkę (?). Rozrabiaka Roman po serii kopnięć, uderzeń, wyzwisk wymierzonych w swoich kolegów i koleżanki, został zabrany przez przybysza z obcej planety. Tak, Romana zabrało UFO (?).




Autorem książek jest Phil Roxbee Cox. Autora angielskich książek edukacyjnych poniosła wyobraźnia. Być może przesadzam, ale odnoszę wrażenie, że jedyne co dzieci mogą zapamiętać to to, że nie wolno kłamać, bo zostaną same (morał z książki: kto często kłamie, uważa, że wszyscy dookoła kłamią. Mój komentarz: nie wiem, nie sprawdzałam tego). Zapamiętają również, że jak będą komuś wyrządzać krzywdę, to zabierze ich ufoludek (morał z książki: zabierze Cię ufoludek o niegrzeczne dziecko). Edukowanie dzieci nie polega na zastraszaniu, czyż nie? 

To, co jest najlepsze w tych książkach, to ich podtytuł: "Opowieść ku przestrodze". Lepiej bym tego nie nazwała. Ku przestrodze, żeby nigdy ich dzieciom nie czytać.

                                                                                                       Matka Ogarniaczka