wtorek, 9 stycznia 2018

Dlaczego nie mam postanowień na 2018 rok?

Nowy rok - nowa ja? Nie sądzę.

Chyba niedobrze się dzieje, kiedy zaczynamy pracować nad sobą tylko i wyłącznie od stycznia. Kiedy czekamy na nowe kalendarze i planery, żeby nadać swojemu życiu lepszy wymiar.
Kiedy jedynym czasem, który mobilizuje nas do przeanalizowania naszej rzeczywistości, jest końcówka grudnia. 
A gdyby tak, robić sobie codziennie zakończenie roku, bilans zysków i strat oraz rachunek sumienia? Chcemy poczuć różnicę w jakości życia?

Każdy dzień traktujmy jak nową szansę, nie przykry obowiązek, ale jako dar. 


Wyznaczajcie cele - wcale nie takie górnolotne, nieokiełznane i ogólne a takie namacalne, dokładnie sprecyzowane w przestrzeni i w czasie. 
Czujcie się dobrze ze sobą i w swoim życiu.
Nazywajcie swoje potrzeby i dążcie do ich spełnienia.
Realizujcie zadania. Osadzajcie je w czasoprzestrzeni, przemyślcie realizację i zabierajcie się do pracy.
Pamiętajcie o czasie dla siebie, takim tylko ze sobą.
Zauważajcie otoczenie i współpracujcie z nim.
A nade wszystko - twórzcie relacje a nie transakcje.

                                                                                             Sylwia
.



sobota, 2 grudnia 2017

Urodzinowe wyrazy najgłębszego współczucia

Echo moich wczorajszych urodzin nadal przechodzi przez moją głowę oraz serducho. Jedna świeczka na torcie więcej. Dodatkowy rok doświadczeń, wspaniałych wydarzeń i tych mniej dobrych. Piję tego życiowego shake'a- słodko-gorzkiego. W ogólnym rozrachunku: jest dobrze. W prognozach: będzie jeszcze lepiej. 

Niektóre wczorajsze, urodzinowe rozmowy były mocno zastanawiające i zadziwiające.

Oprócz życzeń padło pytanie: "Co u Was?" Czas na odpowiedź miałam ograniczaną, więc poczęstowałam rozmówcę dość oklepanym tekstem: "Dzień za dniem leci w podobnym rytmie, dom, praca, dom, praca i tak w kółko". To, co usłyszałam rozbawiło mnie i jednocześnie wprawiło w osłupienie: "No tak, współczuję Ci". 
Znalezione obrazy dla zapytania znak zapytania
Do tej pory żałuję, że nie zadałam pytania pomocniczego, czego ta osoba mi współczuje: posiadania rodziny czy posiadania pracy?

 A może chodziło o to, w jakiej sytuacji, ogólno-ogarniającej się znajduję. W jakim kontekście żyję.

Dla niewtajemniczonych w absolutnym skrócie: praca na pełen etat plus dwójka dzieci w wieku przedszkolnym plus Mąż pracujący w delegacji - tak wygląda uproszczony schemat mojego życia. 

Wiele osób współczuje mi takiego życia. Jakiego? Bez dużej ilości czasu na odpoczynek, bez czasu na różne aktywności poza obowiązkowe, współczuje zmęczenia, po nocach, kiedy wstaję kilkakrotnie do dzieci i nie ma nikogo, kto mógłby tę konieczność przejąć. Współczucie wzbudza również pęd w jakim żyję i ilość spraw do załatwienia. Nie rozkładam ich na drugą parę rąk, bo ta ukochana para rąk pracuje oddalona ode mnie o setki kilometrów. Wyrazy głębokiego współczucia z powodu braku możliwości wieczornego przytulenia się do Męża. (...)

Moi przyjaciele wiedzą, że czasami bywam zmęczona (jak każdy), zniechęcona (jak każdy), wątpiąca (jak każdy), padnięta (jak każdy) - są takie momenty. Nie ciągną się one tygodniami i miesiącami, to są chwile, których doświadcza każdy z Was - z większą lub mniejszą intensywnością. 

Jestem orędowniczką zasady, że warto zrezygnować z tymczasowej wygody na rzecz czegoś większego - naszym "czymś większym" jest realizacja konkretnego, życiowego celu. Jesteśmy na tej drodze. 


Uwielbiam wielowarstwowość mojego życia. Życia przesiąkniętego miłością i dobrymi wibracjami. Owszem, głowa paruje od ilości spraw do załatwienia, zaplanowania, do tzw. ogarnięcia. Wiecie, że kreujemy nasze życie w określonych kontekstach? Mój jest dość precyzyjnie zdefiniowany przez życiowe priorytety Czy to mnie czyni nieszczęśliwą? Nie. Po prostu mam co robić - przeważnie zawsze. 

                                                                                                                   Sylwia 






środa, 29 listopada 2017

O tym, że trzeba w sobie uruchamiać wdzięczność

Nigdy nie jest na tyle dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Każdy dzień jest okazją do tego, żeby być lepszą wersją siebie. Staramy się. Od rana. Ja się staram, Ty się starasz. Nie każdy się stara, ale niektórzy tak. Nie zawsze jest idealnie, no dobra, nigdy nie jest idealnie. I nie będzie idealnie. Dlaczego? Bo:
-  noc za krótka a dzień witamy z krzykliwym budzikiem w postaci dziecka lub po prostu z budzikiem,
- dzień za szybko zleciał a przecież upływał w przychylnym nam towarzystwie i był nasycony pozytywną energią,
- dzień się ciągnie niemożebnie a przecież dopiero wieczorem będzie chwila na wyrównanie oddechu (słynne: daleko jeszcze?),
-  noc zdecydowanie za długa, bo spać nie możemy i przeliczamy kolejne stado baranów,
- nie udało się wszystkiego zrealizować a nasza check lista jest jeszcze dłuższa,
- pojawił się problem w pracy, do rozwiązania, którego potrzebujemy wewnętrznych rekolekcji w postaci rozmowy z przyjacielem,
- ktoś uraził Cię słowem lub gestem,
- ktoś przeszył Cię sztyletem słów lub chłodną obojętnością,
- ktoś zawiódł, odwołał spotkanie, pokazał, że nie jesteś tak ważny, jak chciałbyś być,
- ktoś zapomniał,
- ktoś nie poczęstował uśmiechem,
- (...).

Na pewno macie swoje, tego typu listy. Każdy może dopisać coś od siebie. Mniej lub bardziej problematyczną sprawę lub uczucie.

I kiedy czasami wiatr wieje w oczy a nasze buty nie są wygodne, uwierają niemiłosiernie tak bardzo, że marzymy o cichobieżkach, trzeba (!!! - nie można ani wypadałoby, po prostu trzeba) uruchomić wdzięczność. To jest takie pospolite, tak oklepane, że aż niewiarygodne, jak bardzo istotne.

Dziękuj, czasami wbrew logice, na przekór umysłowi, zgodnie z serduchem. Nie czepiaj się detali, złap dystans w żagle i płyń na fali wdzięczności. Skoro tu nadal jesteś, to znaczy, że jakieś zadanie masz do wykonania. Nawet jeżeli na przstrzeni dnia jawi się ono jak lista obowiązków do zrobienia, spraw do odhaczenia, słowo "dziękuję" wymiecie negatywne emocje, zapali światło w mroku.


Podziękuj, odetchnij, zauważ to, za co możesz dziękować i nie myśl o brakach. Pamiętaj, że idealnie NIGDY nie będzie. Perfekcjonizm nie istnieje - jest względny i kropka. Rób tylko to, co możesz, żeby być lepszą wersją siebie. Resztę zostaw. Przestań porównywać się z innymi i żyj dziękując, każdego dnia, za to, co masz, z kim to coś dzielisz.

Pomimo przeciwności (i nie mówię tutaj o przeciwnościach patologicznych, jasna sprawa, że nie), dziękuj.

Wdzięczność ponad wszystko.


                                                                                                          Sylwia 

poniedziałek, 18 września 2017

Pourlopowe cuda

Obwieszczam wszem i wobec, że ktoś/coś nade mną czuwa. Serio. Kolejny raz przekonałam się o tym. Kiedy dostawałam pourlopowego obłędu, bo trzeba wrócić do zabieganej codzienności, podjęłam decyzję. W obliczu wyczerpania i zmęczenia nadchodzą dobre wiadomości, że mogę pewne kwestie odpuścić. Potwierdzenie mojej decyzji. Będę miała więcej czasu dla siebie. Hura. Wieczory nie będą zaprogramowane a jedynie do własnoręcznego montażu. Od kilku miesięcy funkcjonowałam w schemacie praca-dom-dzieci-wieczór-praca-sen-dom-praca-dzieci-wieczór-praca. Teraz pracy wieczornej będę miała znacznie mniej. To ulga nie z tej ziemi. Co ja zrobię z gratisowymi trzema godzinami dziennie? Przeżyję je po sylwiowemu. Z dobrą muzyką  w tle, z przyjemnymi zajęciami, nauką, pisaniem, przygotowywaniem zajęć, czytaniem książek, pisaniem, doszkalaniem się. A najlepsze jest to, że będę mogła sobie pozwolić na pójście spać przed północą. Oszaleję ze szczęścia. 

                                                                                                                                 Sylwia 

poniedziałek, 31 lipca 2017

Pozwolić sobie na bycie sobą

Kiedy żyjesz w pewności, że wiesz, co jest dla Ciebie dobre, co napędza do działania a co spowalnia, to codzienność jest mniej upierdliwa. Wiesz, że po gorszym dniu, będzie lepszy wieczór, naparzysz sobie dzban czarnej herbaty ze świeżym imbirem. Pozbierasz swoje myśli i pozwolisz im odlecieć - tak jak ja to robię teraz. 

Wiem doskonale czego lubię, czego nie lubię. Co chcę w sobie zmieniać, a co kompletnie mi nie przeszkadza i czeka zmieniać nie zamierzam. Wiem jak bardzo unoszą mnie dźwięki, które dla innych mogą być zbyt miauczliwe. Wiem jak zadziałać, co zrobić, z kim porozmawiać a z kim nie rozmawiać w chwilach zwątpienia i odkąd pozwalam sobie być taką, jaka jestem, żyję zacniej.

Właśnie to przyzwolenie na bycie sobą jest najważniejszym krokiem na drodze do bycia szczęśliwym.

Niektórzy nie muszą odkrywać siebie w sobie, bo są tak bardzo konwencjonalni, z zasadami ogólnie rozumianymi przez społeczeństwo, że otoczenie nie wysyła negatywnych komentarzy zwrotnych. Na wszystko sie zgadzają, nawet jeżeli to wszystko nie jest po ich myśli. Dla własnego, przenaświętszego spokoju.

Dojrzałam we mnie świadomość, że robienie czegoś dla pozornego świętego spokoju napełnia mnie zwątpieniem. Nie może we mnie rosnąć ufność do samej siebie, kedy siebie zawodzę. Gdy to, co myślę i czuję, zostanie usunięte w cień dla wyższej idei iluzorycznego spokoju. Nie zgadzam się na to, co mi nie odpowiada, do czego nie jestem przekonana w 100%. Ośmielam się nie jechać koleinami. Życie może samo Cię prowadzić, bo wszystko dookoła zmienia się, wpływa na Ciebie, ale o wiele lepiej i przyjemniej pielęgnować siebie w sobie i trzymać mocno kierownicę swojego życia w dłoniach.

Czasami zatracam się w oczekiwaniach otoczenia i ich spełnianiu, ale jest to jedynie i zaledwie marne czasami. Są momenty, w których zapominam być sobą, ale są to drobne momenty. I wtedy nie słucham ulubionych dźwięków (nie wyobrażam sobie życia bez muzyki), zjadam naleśniki z serem - na słodko, choć najbardziej lubię takie ze szpinakiem - na słono, lody z bakaliami i sosem truskawkowym - choć najlepiej są takie śmietankowe, bez dodatków. Kiedy zapominam o to jaka jestem, nie mam czasu na spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi, zlepiam codzienność z obowiązków, nie widzę możliwości i czasu na chociażby drobne przyjemności.

Właśnie wtedy, najczęściej właśnie wtedy, ktoś z mojego, sylwiowego świata, dobija się do mnie - massengerem, telefonem i przypomina, jaka jestem, kim jestem. Pojawiają się budujące rozmowy oraz przesympatyczne spotkania. Ktoś zaufany poklepie mnie po ramieniu i mówi, że miło było mnie zobaczyć, usłyszeć, spotkać. Kolejne dobre dźwięki napływają w mój eter i jest po prostu dobrze. Nie muszę przypominać sobie jaka jestem, bo wiem i jest dobrze. Najlepiej.

                                                                                           Sylwia


piątek, 14 lipca 2017

Do pełni szczęścia brakuje mi...

Kochani, 

dzisiaj świętuję dokulanie się do weekendu. Celebruję ten moment hucznie, z przytupem, choć w ciszy. Nie poległam, choć mogłam. Dotrwałam, chyba na tarczy. Mój tydzień trwał 14 dni. Bez namacalnego odpoczynku, czasu na slow life. W pędzie, gonitwie, w poszukiwaniu utraconego czasu. Poprzednie 7 dni obfitowało we wspaniałe aktywności, wdzięczności i inne przyjemności. Kolejne 7 dni to emocjonalny rollercoaster. Wiele się zadziało. Liczne rozmowy, bardzo energetyczne i takie, po których energii było zdecydowanie mniej. Obfitujący w newsy czas - bo koleżanka odchodzi z pracy, bo kogoś, gdzieś przenoszą, bo ktoś ma kryzys, bo pretensje, że nie mam czasu, że nie słucham, bo zmęczenie materiału wersja "zasnę wszędzie nawet na stojąco w kolejce po świeże pieczywo", bo książki, w które chce się wczytać przekładam z miejsca na miejsce, bo przeziębienie Drugorodnego, bo moje przeziębienie, bo niewytłumaczalna empatia, bo niemożliwa rozmowa z Mężem - bo zakłócenia na linii.

I tak to właśnie dzisiaj, kiedy myślałam, że nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, bo taki poziom wyczerpania osiągnęłam, wyprowadzona z balansu byłam wielokrotnie. Nic nie jest na pewno i nic nie jest oczywiste. I wtedy, w tym kuliminacyjnym momencie dnia, obiecałam sobie, że warto doczekać do wieczora, żeby napić się ciepłej herbaty z imbirem. 


Doczekałam. Tego było mi potrzeba do pełni szczęścia. 



                                                                                                            

wtorek, 11 lipca 2017

Zacznij od siebie

W miłości liczą się z pozoru drobne gesty - zaparzenie herbaty, mocne przytulenie, dodanie słów otuchy, ciepłe spojrzenie nadające życiu sens. Nie prezenty kupione z rozmachem a codzienna dbałość o drugą osobę - to jest miłość.
Tak już jest, że ponad rzeczy materialne będę bardziej doceniać czyny i idące za nimi słowa - smoothie dostarczone prosto do pracy - dziękuję Mężu. Pytanie - jak się czujesz? Autentyczna radość po drugiej stronie słuchawki. Budowanie pewności, że w najważniejszych relacjach nie ma miejsca na tuszowanie, jest miejsce na prawdę. Czasami bolesną, nieprzyjemną, ale zawsze konieczną. Szlifowanie rozmowami siebie nawzajem, obserwowanie i wyciąganie wniosków. Słowa Syna: "Mama jest kochana", które radują serducho. Postawa wobec życia pokorna z zuchwałą pewnością, że postępuje się właściwie. Oto recepta na bycie szczęśliwą. Słuchanie, analizowanie, doskonalenie siebie. Pewność, że żeby coś zmienić, to ZAWSZE trzeba zacząć od siebie.

                                                           To działa
                                          Zawsze będzie działać :)