poniedziałek, 18 września 2017

Pourlopowe cuda

Obwieszczam wszem i wobec, że ktoś/coś nade mną czuwa. Serio. Kolejny raz przekonałam się o tym. Kiedy dostawałam pourlopowego obłędu, bo trzeba wrócić do zabieganej codzienności, podjęłam decyzję. W obliczu wyczerpania i zmęczenia nadchodzą dobre wiadomości, że mogę pewne kwestie odpuścić. Potwierdzenie mojej decyzji. Będę miała więcej czasu dla siebie. Hura. Wieczory nie będą zaprogramowane a jedynie do własnoręcznego montażu. Od kilku miesięcy funkcjonowałam w schemacie praca-dom-dzieci-wieczór-praca-sen-dom-praca-dzieci-wieczór-praca. Teraz pracy wieczornej będę miała znacznie mniej. To ulga nie z tej ziemi. Co ja zrobię z gratisowymi trzema godzinami dziennie? Przeżyję je po sylwiowemu. Z dobrą muzyką  w tle, z przyjemnymi zajęciami, nauką, pisaniem, przygotowywaniem zajęć, czytaniem książek, pisaniem, doszkalaniem się. A najlepsze jest to, że będę mogła sobie pozwolić na pójście spać przed północą. Oszaleję ze szczęścia. 

                                                                                                                                 Sylwia 

poniedziałek, 31 lipca 2017

Pozwolić sobie na bycie sobą

Kiedy żyjesz w pewności, że wiesz, co jest dla Ciebie dobre, co napędza do działania a co spowalnia, to codzienność jest mniej upierdliwa. Wiesz, że po gorszym dniu, będzie lepszy wieczór, naparzysz sobie dzban czarnej herbaty ze świeżym imbirem. Pozbierasz swoje myśli i pozwolisz im odlecieć - tak jak ja to robię teraz. 

Wiem doskonale czego lubię, czego nie lubię. Co chcę w sobie zmieniać, a co kompletnie mi nie przeszkadza i czeka zmieniać nie zamierzam. Wiem jak bardzo unoszą mnie dźwięki, które dla innych mogą być zbyt miauczliwe. Wiem jak zadziałać, co zrobić, z kim porozmawiać a z kim nie rozmawiać w chwilach zwątpienia i odkąd pozwalam sobie być taką, jaka jestem, żyję zacniej.

Właśnie to przyzwolenie na bycie sobą jest najważniejszym krokiem na drodze do bycia szczęśliwym.

Niektórzy nie muszą odkrywać siebie w sobie, bo są tak bardzo konwencjonalni, z zasadami ogólnie rozumianymi przez społeczeństwo, że otoczenie nie wysyła negatywnych komentarzy zwrotnych. Na wszystko sie zgadzają, nawet jeżeli to wszystko nie jest po ich myśli. Dla własnego, przenaświętszego spokoju.

Dojrzałam we mnie świadomość, że robienie czegoś dla pozornego świętego spokoju napełnia mnie zwątpieniem. Nie może we mnie rosnąć ufność do samej siebie, kedy siebie zawodzę. Gdy to, co myślę i czuję, zostanie usunięte w cień dla wyższej idei iluzorycznego spokoju. Nie zgadzam się na to, co mi nie odpowiada, do czego nie jestem przekonana w 100%. Ośmielam się nie jechać koleinami. Życie może samo Cię prowadzić, bo wszystko dookoła zmienia się, wpływa na Ciebie, ale o wiele lepiej i przyjemniej pielęgnować siebie w sobie i trzymać mocno kierownicę swojego życia w dłoniach.

Czasami zatracam się w oczekiwaniach otoczenia i ich spełnianiu, ale jest to jedynie i zaledwie marne czasami. Są momenty, w których zapominam być sobą, ale są to drobne momenty. I wtedy nie słucham ulubionych dźwięków (nie wyobrażam sobie życia bez muzyki), zjadam naleśniki z serem - na słodko, choć najbardziej lubię takie ze szpinakiem - na słono, lody z bakaliami i sosem truskawkowym - choć najlepiej są takie śmietankowe, bez dodatków. Kiedy zapominam o to jaka jestem, nie mam czasu na spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi, zlepiam codzienność z obowiązków, nie widzę możliwości i czasu na chociażby drobne przyjemności.

Właśnie wtedy, najczęściej właśnie wtedy, ktoś z mojego, sylwiowego świata, dobija się do mnie - massengerem, telefonem i przypomina, jaka jestem, kim jestem. Pojawiają się budujące rozmowy oraz przesympatyczne spotkania. Ktoś zaufany poklepie mnie po ramieniu i mówi, że miło było mnie zobaczyć, usłyszeć, spotkać. Kolejne dobre dźwięki napływają w mój eter i jest po prostu dobrze. Nie muszę przypominać sobie jaka jestem, bo wiem i jest dobrze. Najlepiej.

                                                                                           Sylwia


piątek, 14 lipca 2017

Do pełni szczęścia brakuje mi...

Kochani, 

dzisiaj świętuję dokulanie się do weekendu. Celebruję ten moment hucznie, z przytupem, choć w ciszy. Nie poległam, choć mogłam. Dotrwałam, chyba na tarczy. Mój tydzień trwał 14 dni. Bez namacalnego odpoczynku, czasu na slow life. W pędzie, gonitwie, w poszukiwaniu utraconego czasu. Poprzednie 7 dni obfitowało we wspaniałe aktywności, wdzięczności i inne przyjemności. Kolejne 7 dni to emocjonalny rollercoaster. Wiele się zadziało. Liczne rozmowy, bardzo energetyczne i takie, po których energii było zdecydowanie mniej. Obfitujący w newsy czas - bo koleżanka odchodzi z pracy, bo kogoś, gdzieś przenoszą, bo ktoś ma kryzys, bo pretensje, że nie mam czasu, że nie słucham, bo zmęczenie materiału wersja "zasnę wszędzie nawet na stojąco w kolejce po świeże pieczywo", bo książki, w które chce się wczytać przekładam z miejsca na miejsce, bo przeziębienie Drugorodnego, bo moje przeziębienie, bo niewytłumaczalna empatia, bo niemożliwa rozmowa z Mężem - bo zakłócenia na linii.

I tak to właśnie dzisiaj, kiedy myślałam, że nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, bo taki poziom wyczerpania osiągnęłam, wyprowadzona z balansu byłam wielokrotnie. Nic nie jest na pewno i nic nie jest oczywiste. I wtedy, w tym kuliminacyjnym momencie dnia, obiecałam sobie, że warto doczekać do wieczora, żeby napić się ciepłej herbaty z imbirem. 


Doczekałam. Tego było mi potrzeba do pełni szczęścia. 



                                                                                                            

wtorek, 11 lipca 2017

Zacznij od siebie

W miłości liczą się z pozoru drobne gesty - zaparzenie herbaty, mocne przytulenie, dodanie słów otuchy, ciepłe spojrzenie nadające życiu sens. Nie prezenty kupione z rozmachem a codzienna dbałość o drugą osobę - to jest miłość.
Tak już jest, że ponad rzeczy materialne będę bardziej doceniać czyny i idące za nimi słowa - smoothie dostarczone prosto do pracy - dziękuję Mężu. Pytanie - jak się czujesz? Autentyczna radość po drugiej stronie słuchawki. Budowanie pewności, że w najważniejszych relacjach nie ma miejsca na tuszowanie, jest miejsce na prawdę. Czasami bolesną, nieprzyjemną, ale zawsze konieczną. Szlifowanie rozmowami siebie nawzajem, obserwowanie i wyciąganie wniosków. Słowa Syna: "Mama jest kochana", które radują serducho. Postawa wobec życia pokorna z zuchwałą pewnością, że postępuje się właściwie. Oto recepta na bycie szczęśliwą. Słuchanie, analizowanie, doskonalenie siebie. Pewność, że żeby coś zmienić, to ZAWSZE trzeba zacząć od siebie.

                                                           To działa
                                          Zawsze będzie działać :)
                                                                                       
                             




poniedziałek, 12 czerwca 2017

Przeoczyłam tegoroczną wiosnę

Przeoczyłam tegoroczną wiosnę. 
Zeszłoroczną też.
 I tę sprzed dwóch lat. 
Ejże, ostatnia zapamiętana przeze mnie wiosna to ta cztery lata temu.
Wtedy, przy rytmach Depeche Mode, przemierzałam spacerowe kilometry przez miasto, żeby przypomnieć sobie jak to było, kiedy nie byłam Mamą. To nie była wiosna mojego życia. Przyniosła nowe dźwięki, w postaci nowej płyty Depeche Mode, ale nic więcej. Najważniejsza wiosna wkuła się w moje powietrze dźwiękami "Echoes" Pink Floyd. Wiedziałam, że nic odtąd nie będzie takie, jak wcześniej. Te ponad 20 minut snującej się melodii, gitary, perkusja, pulsujący rytm. "Echoes" to wiosna mojego życia. Osiemnaście, dziewiętnaście lat temu.

Jestem długodystansowcem. Niekończące się analizowanie codzienności plus wrażliwość na poziomie 'level hard' to mieszanka wybuchowa. Do tej pory nie wiem, z której strony może nastąpić eksplozja. Jedno jest pewne, nie pomaga w codziennym życiu. O ile, nad tym analizowaniem można się jeszcze pochylić i wyłuskać coś dobrego, to wrażliwość pogrąża mnie całkowicie. Wielokrotnie w ciągu dnia rozpadam się na milion emocjonalnych kawałków. Czasami wdzięczności, innym razem totalnego załamania. 

Jak żyć? 



                                                                                                 Sylwia



czwartek, 18 maja 2017

O tym, że czasami po prostu nie warto zrozumieć ani zaakceptować

Kiedyś usłyszałam, od bardzo bliskiej mi osoby, że jestem taka, że nawet jak jest niedobrze, to jest dobrze.

?

Jak to rozumieć? 

Nawet jeśli jest źle, padam na twarz a moje życie drepcze w miejscu, to ja, widzę pozytywy tej sytuacji. Włączam docenianie, uwalniam ogromne pokłady wdzięczności i przypominam sobie, że każda emocja przeżywana, każde zdarzenie jest lekcją, potrzebną nauką. Lubię myśleć o swoim życiu jak o układance złożonej z puzzli zdarzeń, emocji. Skoro nie znam całego obrazu, to znak, że jeszcze mam coś do zrobienia.

Nie lubię bezproduktywnego narzekania, ględzenia, biadolenia i szukania przyczyn obiektywnych. Jeśli coś w Twoim życiu Ci nie odpowiada i pomimo usilnych prób związanych z przekonywaniem siebie do tego czegoś/kogoś, do tego stanu rzeczy lub do jakiejś osoby, nadal się męczysz, zmień to. Zerwij kontakt z emocjonalnymi wampirami i nie staraj się zrozumieć DLACZEGO ktoś wyrządza Tobie jakąś krzywdę. Nie warto rozumieć ani akceptować tego, co uwiera, niszczy od środka, podcina skrzydła.

Pozbyć się, wyrzucić i iść swoją drogą. Bez komplikowania, zaszywania się w krainie negatywnych odczuć i emocji. Zmienić kurs, obrać kierunek i iść.

Bez akceptowania tego, co nie może być zaakceptowane i bez zrozumienia tego, czego zrozumieć się nie da.

                                                                        Matka Ogarniaczka



wtorek, 6 grudnia 2016

O tym, że czuję ogromną wdzięczność.

Moi Drodzy,

jest dobrze. W głowie spokój, w sercu pokój. Jasna, klarowna misja, zadania do wykonania, myśli do przelania i pewność, że to wszystko jest po coś. Nie ma lęku i rozpamiętywania. Prosta, zwykła (niezwykła) codzienność utkana z nici wdzięczności.
Dziękuję za to, co mam, gdzie jestem, jaka jestem, z kim jestem, jakich wartościowych ludzi mam dookoła siebie. Dziękuję za tę pewność, że jestem na właściwej drodze i że wszystko jest właśnie takie, jak być powinno. Dziękuję, że dojrzałam do dokonywania wyborów, bez zbędnej analizy, że może jednak nie można, nie warto. Czuję, myślę, jestem.
Dziękuję, że pewność tego, czego chcę i nie chcę jest na tyle duża, żeby mówić o tym otwarcie. Wspaniale jest móc wyzwalać się ze zbędnych balastów, móc zrobić w swoje urodziny ulubioną potrawę (pierogi ruskie) i nie zasładzać się tortem. Odebrać życzenia od osób, które chcą je złożyć. Dziękuję za przyjaźń, która pisze "Zrobię torta bezowego, zjesz?" i po odpowiedzi "Nie, wolę zupę krem" nie obraża się i pozwala mi być taką, jaką jestem (mam nadzieję, że to nie jest iluzją, Fasolko?). Bez komentowania. 
Dziękuję, że mam odwagę, nie kontaktować się z ludźmi, którzy za wszelką cenę starali się, żebym była inna, że wymykam się schematom opłacalności utrzymywania relacji. Znajomości są dyktowane serduchem, nie rozumem. Mam uczulenie na nieszczere intencje. 
Niczego, oprócz Boga, nie szukam. Wszystko, czego potrzebuję, mam tu i teraz.
                                                                                             Matka Ogarniaczka